NUCLEAR HOLOCAUST, PLANET HELL, PROFUNDIS, TWINGE, BIMBEER

NUCLEAR HOLOCAUST, PLANET HELL, PROFUNDIS, TWINGE, BIMBEER

Klub Kotłownia, sobota, 8 kwietnia 2017, Lubartów, Polska

Lubartowska Kotłownia to nic innego jak zwykła knajpa z bilardem, zapewne w której głównym daniem na co dzień jest zimny napój chmielowej barwy. Scena? Jaka scena? To ta sama podłoga, po której przemieszczali się wszyscy zainteresowani tego wieczora metalowym hałasem. W środku i na zewnątrz, więcej dinozaurów niż młodzieży, ale co tam, dziadki nie wapnieją tak szybko jak dzisiejsza latorośl i wiedzą doskonale, że koncert to nie jakieś HD coś tam na youtube, tylko punktujący ostro uszy łomot z głośników, smród rozlanego piwska po podłodze i że konferansjerka ze znajomkami twarzą w twarz, nigdy nie stanie się tym samym na żadnym czacie i innym „shitbook’u”. Ale ile narodu wbiło tego wieczora do środka? Szczerze, pogubiłem się w trakcie lekko w rachubach, bo do klubu co chwila ktoś wchodził i wychodził. Mniejsza o większość. Myślę, że Ci co przybyli, bawili się dobrze. A że tak było, zapewne świadczył widok wewnątrz opustoszałego klubu, kiedy wybrzmiały ostatnie dźwięki z głośników he he.

Na pierwszy ogień poszli gospodarze, czyli miejscowy BIMBEER. Jak się zdążyłem zorientować, to już chyba dość zasłużona na lubartowskiej „scenie” załoga, doświadczona czasem przez lata funkcjonowania, kolejnych wydawnictwach, zmianach składu, aż stylu muzycznym skończywszy. Piszą dalej ten scenariusz, bo właśnie wypuścili całkiem zacne demo a do załogi na wokalu dołączył znany tu i ówdzie z PROFUNDIS Pogan. I w moim przekonaniu, ten ostatni fakt, nadał muzyce „bimbrowników” innego wymiaru, czy jakby tego nie nazwać. Podobno zaczynali od hardcore’a, a w tym momencie więcej w ich graniu rasowego metalu. Oczywiście, echa HC ciągle pobrzmiewają gdzieś w tle, ale zdecydowanie mocniejsze takty wiodą tu dzisiaj prym. W muzyce zespołu można odnaleźć niemal całą paletę barw ciężkiego grania, a przez barwę głosu rzeczonego wyżej Pogana, robi się nawet dość mrocznie czy nawet brutalnie, choć w ogólnym koncepcie, tego typu określenia, pasowałyby do ich muzyki jak kij do dupy. Tu chodzi bardziej o mocny drive, dużą porcję energii, nawet pokusiłbym się o lekką skoczność w niemal rock’n’rollowym stylu. Są momenty, gdzie fajnie to wszystko buja, potem szarpnie pazurami, czy zasadzi  kopniaka w zad. Bardzo fajna mieszanka i zachęcam do zapoznania się z nią na dłuższą metę. BIMBEER zagrał spoko seta, tylko publiczność jakoś tak niemrawo reagowała na starania chłopaków, a w kilku momentach prosiło się naprawdę o młyn pod „sceną”. Choć może jak to z bimbrem bywa, jak go wypijesz za dużo, to głowa myśli, ale nogi jakby z ołowiu hie hie? W eter poleciało całe nowe demo, plus trochę staroci: Po wieczność trwać, Grzech, Zemsta, Zbawienie, Idzie zima, Egzystencja, Rejs, Upadek, Oto człowiek.

Następny w kolejce zainstalował się chełmski TWINGE wcześniej znani jako NINE 69 BRICKS. Co grali wcześniej? Nie mam zielonego pojęcia, a w tej konfiguracji miało być podobno mocniej. Miało być ciężko, szybko kopać w klatę, zwalać na kolana niczym silny ból. Taką muzę chcieli pograć w Lubartowie. Mnie to jakoś szczególnie nie rozjechało, a powiem więcej, jakoś tak nad całością panował lekko przaśny klimat. Sam nie wiem skąd się wziął, ale tak od początku towarzyszył mi przy odbiorze ich muzyki czy generalnie dźwiękowo-wizualnej części ich koncertu. Nie chcę przez to powiedzieć, że postawili śmierdzącego kloca na środku sali po sobie, ale… tym razem nie przemówiło to jakoś szczególnie do mnie. Stylistycznie mieliśmy tu znowu mieszankę spiętą wspólnym mianownikiem METAL. Szczerze, to chyba w ich przypadku wolałbym zacząć znajomość od przesłuchania czegoś już wydanego, a dopiero potem zweryfikować to w wersji live. Być może to poniekąd przez nagłośnienie z którym generalnie wszyscy mieli taki czy inny problem, a może z jeszcze innego powodu. Niby pograli przyzwoicie, koncert całkiem udany, opanowane instrumentarium, rozwrzeszczany, ruchliwy wokalista, pomysły na muzę są, jedne lepsze, drugie…. są, przy czym żywię nadzieję, że pełnię możliwości zespół osiągnie na swoim wydawnictwie nad którym podobno pracują i coś, co tym razem się zgubiło, pokaże swoją właściwą moc. Poprawnie, ale bez gazu.

PROFUNDIS – zdążyli się w kilku miejscach dochrapać statusu zespołu kultowego, a że od jakiegoś czasu było wiadomo, że coś się w ich szeregach dzieje, bo przecież nagrywają nową płytę, więc oczekiwania przed koncertem były też niemałe. Po świetnie przyjętym „Nokturn” to i apetyty przybyłych rosły na myśl, że w końcu usłyszą coś nowego, świeżego w oczekiwaniu na kolejny materiał zespołu. Tak się również stało. Miał być też nowy perkusista, a tu największa niespodzianka, bo PROFUNDIS zagrał z automatem. I tu śpieszę poinformować, iż człowiek faktycznie zrobiłby swoje o wiele lepiej, to jednak nie wyszło to całkiem źle. Z żywą postacią za garami była by lepsza ciągłość całości, ale na szczęście muzycznie, PROFUNDIS nie ucierpiał tu szczególnie, zachowując specyficznego ducha w kolejno odgrywanych utworach. A „potańczyć” można było przy: Poza szarością, Gdy rozum śpi…, Władcy zamętu, Pod czaszą nieba, In nomine, W marzeniu tajemnym zaklęty i Raj utracony. Wyśmienite połączenie black/death metalu z naleciałościami heavy i thrash metalu, dawką melodii, mocnymi tekstami, a wszystko oblane pogańskim wydźwiękiem. Gęsto obsadzone blasty i wolniej odgrywane momenty, tnące wiosełka. Bardzo dobrze sprawdza się to w koncertowej bitwie, nie tracąc przy tym swojego specyficznego klimatu, budując silne emocje, a przy tym łojąc po deklu jak na rasowe, metalowe granie przystało. Czuć w ich graniu pewien indywidualizm, widać i słychać, że są pewni własnej tożsamości, przy czym wiedzą jak to ukierunkować na słuchacza i z powodzeniem to realizują. Koncert bez większej napinki, z pewną porcją luzu, ale w stu procentach rzemieślniczy. Oczekiwałem dobrego grania, mocnego koncertu i przyznam, że to dostałem. Czekam na płytę i kolejne sztuki. Zdecydowanie udany come back.

Pomiędzy setem PROFUNDIS a następnym w kolejności PLANET HELL nastąpiła sporaśna przerwa w programie. Raz, że dekorator wnętrz się nie spisał, i ludzie z PLANET HELL musieli po swojemu przystroić wnętrze Kotłowni, a potem strojenie instrumentarium z którym było trochę problemu. Ale co się odwlecze to nie uciecze i po wyżej wymienionych zabiegach ruszyli do boju jak to ujął Przemek Latacz (gitara, wokal) pierdoląc wcześniej zaplanowane intro. Szczerze, przed tym koncertem wiele dobrego słyszałem i czytałem na temat muzy tej ekipy, ale dopiero teraz mogłem ją sprawdzić nausznie. FUCK! Powiem Wam, że to działa, to boli, a ich misja choć jeszcze nie ukończona i niechaj trwa jak najdłużej, ma rację bytu i szansę na ogromne powodzenie. Wszystko w ich graniu jest kompletne. Począwszy od strony wizualnej i pomysłu na własny design (odpowiednie uniformy jakich używają na koncertach) poprzez samą muzykę, aranże, pomysły gdzieś na wizualnej stronie ich koncertów skończywszy. Death metal to chyba byłby tylko ogólnik tego, czym dźwiękowo jest ten band. Fakt, to główny rdzeń ich twórczości, ale dopełniony elementami black, thrash i wybełtany z tym co najlepsze w mocno pokręconym industrialu. Żeby zmontować taką muzę i nadać jej kształt autentyczności, by nie zjeździć odbiorcy już na starcie trzeba mieć jaja jak nosorożec. Kompozytorsko świetnie, instrumentalnie zabijają, a do scenicznego performance’u też zastrzeżeń brak. Jak na dość ciasne możliwości Kotłowni, udało im się myślę w pełni rozwinąć swoje skrzydła powodując, że kosmos przez chwilę stał się znajomkiem z sąsiedztwa. Wyobraźcie sobie NOCTURNUS, VOIVOD, ATHEIST i PESTILENCE w jednej, morderczej pigułce. Żaden, nawet najlepiej dopracowany przez chemików KWAS nie da Wam takiej jazdy. To zabije nawet słonia. Szkoda tylko, że nie dało się uzyskać jeszcze lepszego brzmienia tego wieczora, bo w tym elemencie umknęło to i owo, przez co PLANET HELL mógł sprawiać wrażenie, iż momentami zgubił kilka oktanów. Szczegół, który w moim mniemaniu nie położył się cieniem na całym koncercie. Pograli tym razem: Eden, NothingMachine, Invincible, Inquest, Astronauts, Mask, Earthshine oraz Return From The Stars. Było mega i do zobaczenia gdzieś na którejś z niezliczonych planet w mrocznej galaktyce.

Jaśku, nareszcie jesteś – cytując klasyka. Na to właśnie czekałem. To misiaczki lubią najbardziej. NUCLEAR HOLOCAUST rozjebało system, a ich występ ewidentnie udzielił się zebranym na sali. Grali najdłużej, co chwila przedłużając swój występ ku uciesze metalowej (i jak się okazało w trakcie nie tylko) braci. Nie ma sensu rozpisywać się jakie utwory poleciały w eter, bo w ich repertuarze jest masa hiciorów, i gwarantuję Wam, że tej nocy takowych nie zabrakło. Grindcore’owe komando zrobiło co do nich należało. Zawodowa muza, soniczny kataklizm, ale spory luz i dystans zarówno do samych siebie jak publiczności. Efektem tego było choćby co i rusz skandowane a ukochane przez polskich metali NAPIERDALAĆ, i….. tak właśnie robili. W NUCLEAR HOLOCAUST jest jak w rzeźni. Tu nie ma czasu na myślenie, kalkulowanie i kombinowanie, tu się po prostu zabija. Te ich proste w konstrukcji piosenki, idealnie zdają egzamin na koncertach. W tym momencie mam przed oczami taki obrazek, jak komiksowy Obeliks trzyma w jednej łapie za szyję złapanego Rzymianina a drugą nagina go z plaskacza. Ich muza działa właśnie w ten sam sposób. Zanim się człowiek obejrzy, już jest dobrze wypunktowany. Był młyn pod „sceną”, tańce pląsańce wśród publiczności, ktoś się wyjebał w pogo, na podłodze w ciul porozlewanego piwska i szkło z rozbitych butelek. Było ostro i do przodu. Na japach zebranych ogromne banany, a i zespół wydawał się być zadowolony z takiego obrotu sprawy. Dźwiękowy terror w najlepszym wydaniu. Panowie, kurs jest prawidłowy, a za każdym razem jest tylko lepiej. Może by tak teraz gromkie STO LAT?! Najlepszego i do następnego razu.

Podsumowując, fajny, przyzwoicie zorganizowany, podziemny gig. Jak było widać i słychać, bez wielkiego zaplecza finansowego, też można zrobić coś ciekawego. Organizatorom życzę wytrwałości w organizacji i miejmy nadzieję,  kontynuowania idei, która stanie się faktem w postaci kolejnych takich koncertów.

 

Powrót do góry