JONES, GRACE „Island Life”

JONES, GRACE „Island Life” - okładka


Co ma wspólnego z metalem Grace Jones, piosenkarka która w maju skończyła 53 lata i kojarzona jest raczej z dyskoteką lat 80.? Nic, owszem. Ale jest to jedna z niewiele wykonawczyń, która swoim głosem sprawia, że ciarki przechodzą po plecach. I nie ma znaczenia, że jej utwory zazwyczaj odziane są w mieniące się cekinami suknie albo hermafrodyczne garnitury. Sama Grace Jones, piękność z Jamajki, nie miała żadnych związków z nawet szeroko pojętym metalem (no, chyba że za taki związek uznać fakt, iż grała rolę w sławnym Conanie Niszczycielu, który jakoś tam współgra z wizją metalowego herosa). A jednak moje nazbyt zdaje się wrażliwe ucho wychwytuje podobne wyczucie pewnego klimatu, co np. u Katatonii albo Moonspella (poważnie!). Nie mam tu na myśli rzecz jasna podobnych melodii, nut, czy nawet wykorzystanego instrumentarium. Chodzi mi raczej o sposób myślenia, o metodę kreowania nastroju, atmosfery… Ech, trudno to wyjaśnić słowami, lepiej posłuchać.

Grace Jones zdobyła uznanie bywalców ekskluzywnych klubów na całym świecie głównie za sprawą swojego image'u, czyli wizerunku pół chłopczycy (?), takiego nie do końca jednoznacznie zdefiniowanego seksualnie wampa… Brzmi pokrętnie, prawda? Cóż, taką pokrętną postacią jest Grace Jones. Niepokojącemu, dekadenckiemu wyglądowi towarzyszył charakterystyczny, niski głos, którym raczej deklamowała, niż wyciągała najwyższe rejestry. Repertuar zaś oscylował przeważnie wokół mieszanki disco lat 80., reggae, popu, piosenki kabaretowej. Wykonywała – brawurowo zresztą – utwory np. Edith Piaf (kapitalna wersja La vie en rose, psychodeliczna, długa, „nocna”), The Pretenders (Private Life, niepokojący klimat) albo Roxy Music (świetne Love Is The Drug, dynamiczne, odrobinę kojarzące się dziś z wersją R.E.M. numeru Cohena First We Take Manhattan). Ale i autorskie piosenki Jones nie były zapchajdziurami. Wystarczy wymienić I Need A Man, płynące swoim własnym fascynującym rytmem Slave To The Rhythm, czy mroczne Walking In The Rain (w którym zresztą padają znamienne dla artystki słowa: feeling like a woman/looking like a man). Ale największym, jak dla mnie, majstersztykiem Grace Jones jest bez wątpienia I've Seen That Face Before. Jeśli ktoś oglądał Frantic Romana Polańskiego, to wie o czym mówię… Ten klimat… Niesamowite… Po prostu ciarki przechodzą po plecach. Składanka Island Life ukazuje Grace Jones w najlepszej formie z czasów jej najlepszych albumów. Żadna z późniejszych produkcji nie przyniosła już artystce większych przebojów. Żadna też nie dorównała pierwszym płytom.

Polecam każdemu otwartemu na dźwięki maniakowi metalu – jest okazja, aby zapoznać się z muzyką skrajnie różną, a jednak potrafiącą wzbudzić podobne emocje.

ocena: 5/5

Powrót do góry