EXTREME METAL UNDERGROUND VOL. I

Podlasie – miejsce w którym metal w dalszym ciągu zostaje w undergroundzie, a znane kapele omijają szerokim łukiem. Tym bardziej miło, iż w takim mieście jak Białystok, odbywa się coraz więcej koncertów mocniejszych brzmień, a i trasy bardziej znanych bandów zaczynają zahaczać o to miasto. Tym razem na imprezę pod nazwą Extreme Metal Underground, zawitały ekipy zaproszone przez gospodarzy – EFFECT MURDER. Zatem szybkie pakowanie i razem z kolegą z redakcji Szikakiem, jedziemy do boju.

Około dwóch godzin w autobusie i jesteśmy w Białymstoku. Do Famy dotarliśmy w miarę wcześnie, bo po 17stej. Na szczęście wpuszczali do środka przed czasem, więc nie musieliśmy czatować pod klubem. Koncert zaczął się lekko po 18stej, czyli prawie o planowanej godzinie. Pierwszy na scenie pojawił się death metalowy REINCREMATION. Ah, ah…słyszałem dziesiątki debiutujących kapel na żywo, ale to co pokazali panowie z Czarnej Białostockiej, było po prostu, lekko mówiąc, kiepskie. Kiedy ludzie nauczą się nareszcie, że rytm 4/4, pancurowe bicie na przemian z blastami i jednostajny growl, nie mają siły przebicia i są już zwyczajnie nudne?

Następną formacją było IN EXTREMIS (którzy byli last minutową zamianką za MEMEMBRIS). Tu zaskoczenie z mojej strony, gdyż nie umiem dobrze zaszufladkować ich muzyki, co wychodzi na plus. Miło, że panowie mieszają i kombinują z rożnymi dźwiękami i stylami metalu. Od death metalowego napierdalańska, po melodyjne i nieraz podniosłe refreny oraz wstawki. Bardzo udany gig – byłem usatysfakcjonowany.

Powiem Wam szczerze, że mój wyjazd do Białegostoku na koncert, był spowodowany muzycznie głównie obecnością Olsztyńskich wymiataczy z FETO IN FETUS. Nie zawiedli i pokazali jak łączyć starą szkołę grindu z pięknymi pig squeelami i nowomodnymi dźwiękami z nurtu deathcore. Do tego mięsiste i bujające breakdowny. Na koncercie nie zabrakło starych kawałków, jak i nowych kompozycji z nadchodzącego splita, plus cover DEAD INFECTION na koniec. Wywiad z ich wokalistą (Widzikiem), wkrótce na naszym portalu.

Kolejni na scenę weszli gospodarze imprezy – EFFECT MURDER. Widziałem ich na żywo w 2004 roku i szczerze Wam powiem, że sprawili na mnie wtedy raczej negatywne wrażenie – odebrałem ich jako bezsensowną napierdalankę. Jednak na Extreme Metal Underground zrozumiałem, iż musieli, te kilka lat wstecz, mieć po prostu zły dzień. Tym razem koncert jak najbardziej udany! Muzyka nadająca się do zwariowanego moshu pod sceną, szkoda że publika nie dopisała tego dnia w Famie… Muszę do tego nadmienić, że największe wrażenie na mnie zrobił perkusista, który olał schematy i pokazał jak gra się prawdziwy brutal death na garach – technicznie, z wyczuciem i finezją (której często niestety brak garowym).

Na BLOODTHIRST czekałem, bo byłem ciekaw jak wypadną poznaniacy, tak bardzo opiewani na forach internetowych (szczególnie przez oldschoolowych thrasherów). No i cóż…hmm…źle nie było. No, ale nie było też rewelacji. Niestety duża jednostajność, której nie ratowały nawet często ciekawe i melodyjne riffy. Choć z drugiej strony blackened thrash tak powinien brzmieć…także mam mini konflikt w swojej głowie, hehe, bo z jednej strony rozumiem, że gatunek ten nie musi być skomplikowany, no ale…trudno. Na minus też ruch sceniczny, a raczej właściwie jego brak. Gdzie energia i radość z grania live? BLOODTHIRST na nagraniach studyjnych wypada jednak dużo lepiej niż w wersji koncertowej.

I nadszedł czas na oczekiwaną przez wszystkich (przeze mnie również) gwiazdę koncertu, którą była FURIA. Nazwijmy ich już „kultową kapelą” w polskim podziemiu BM – ich płyty zbierają najwyższe noty prawie u wszystkich recenzentów, a i muszę się przyznać, że mi też bardzo podchodzą. No, ale co się okazało? Muzycy FURII wychodzą na scenę i chwieją się na boki. Wokalista ledwo trzyma pion, a przy mocniejszy zamachnięciu się z gitarą mało nie traci równowagi i nie wypieprza się na ziemię. No ludzie…litości. Gdzie tu szacunek do słuchacza? Pomijam ich kłopoty techniczne ze sprzętem (pić było czas przed gigiem, ale już sprawdzić efektów do gitar to nie). Zagrali raczej wszystko co było do przewidzenia. Mi wystarczył mój ulubiony track „Idzie Zima” z przedostatniej płyty. Nie dotrwałem końca i opuściłem klub.

Tak czy siak, warto było przejechać się na te występy i zobaczyć w jakiej formie jest aktualnie nasza undergroundowa scena. Z pewnością nie ominę kolejnych Białostockich spędów wiary metalowej i będę śledzić obrót spraw z kapelami. Warto – przynajmniej moim zdaniem.

Powrót do góry