FESTUNG OPEN AIR 6 – ENSLAVED, NIFELHEIM, SOLSTAFIR, ROOT

United Maniacs z Bitterfeldu zaproszają na ucztę znaną jako Festung Open Air. Piąta edycja festiwalu przyciągła ok. tysiąca fanów muzyki ciężkiej z całej europy i jak już w zeszłym roku, spotkało się znajome twarze, co jeszcze bardziej umiliło szczególną atmosferę festiwalu. Zaraz po przybyciu pierwsze i ostatnie rozczarowanie: RAVENCULT i DISSIMILATION z Litwy odwołali swoje koncerty ze względu na ropad, czy też w przypadku RAVENCULT brak perkusisty, który na parę dni przed festiwalem opóścił grupę. W zastepstwie zagrały FATAL EMBRACE i BLASTING STORM. Ci drudzy rozpoczęli festiwal, a że pora jeszcze wczesna była to i odpowiedniego nastroju nie było. Death-Black Metal bez specjalnych rewelacji. Jak na początek w porządku, ale nie wiecej. PURGATORY podobnie jak przed tygodniem na FTC zaprezentowali się w dobrej formie, czysto technicznym rzemiosłem, ale i tutaj zabrakło tej małej iskierki rozpalającej wielki ogień. Zupełnie inny rodzaj muzyki i obycia na scenie zaprezentowali berlińczycy z FATAL EMBRACE. Bezkompromisowy, stary Thrash Metal, bluzgający na wszystkie nowe kierunki w metalu i ich zwolenników wokalista, to wwszystko przyczyniło sie do jednej wielkiej uczty przed sceną, a bardzo dobry występ ukoronował FATAL EMBRACE Coverem IRON MAIDEN „Killer’s”, dedykując ten hit wszystkim wiernym…
SVARTAHRID z Norwegi przyczynili się do gwałtownej zmiany temperatury rozgrzanej publiczności. Ze sceny wiało nudą, na scenie też. Black Metal made in Norway niezawsze gwarantuje dobry poziom, czego dowodem jest trio SVARTAHRID. REVENGE, chociaż też w trójkę jak poprzednicy wywowali swoim brutalnym BlackDeath metalowym fajerwerkiem prawdziwy szał. Niesamowite sceny odgrywały sie przed sceną. Niczym obłąkani, wrzeszcząc i rwiący sobie włosy z głów maniacy z jednej strony i miażdżące dzwieki z drugiej strony, a pośrodku autor piszacy te słowa… yeah.. Na TYRANT czekałem i cieszyłem się ogromnie i moje oczekiwania spełniły sie. Na scenie pojawiło się czterech kompletnie pijanych muzyków. Ale co tam, trochę alkoholu nikomu jeszcze nie zaszkodziło, a co dopiero przeszkodziło zagrać muzę z duchem wczesnych lat osiemdziesiątych. Nawet bez większych problemów podłączyli swoje instrumenty do piecyków i jazda. Piwo i wino w przerwach między utworami smakowało, słońce grzało, D. Ekeroth przeżył małe trzęsienie ziemi i nie był w stanie o własnych siłach się podniść z deskek sceny. Tak więc dwóch porządkowych, miłych panów pomogło mu, on otrzepał się z kurzu i brudu, pociągną pożądnie z podanej mu butelki taniego, ale niezwykle smacznego wina i grał dalej jakby nic się nie stało. Nielada wyczyn i jak sie okazuje, nie tylko polak potrafi. Parę godzin pózniej cała czwórka dzielnie walczyła z prawami fizyki próbując osiągnąć niewiadomy cel. Kolektywnie, dwa kroki do przodu, cztery do tyłu i znowu dwa w bok, balansując po coraz szybciej kręcącej sie kuli ziemskiej dotarli do płotu, który uniemożliwił im dalszą wędrówkę po matce ziemi. I znowu kolektywnie, bez słowa, prawdopodobnie z telepatycznymi zdolnościami, nasza czwórka bohaterów udała się w innym, nieznanym kierunku… Tak, tak… Tylko w Bitterfeldzie można zostać świadkiem niesamowitych wydarzeń…
ANGEL CORPSE było dla mnie rozczarowaniem. Niestety nie potrafili mnie rozgrzać, a i reakcje publiczności nie były tak owacyjne jakby sie można było spodziewać.
NIFELHEIM jest zespołem, którego kultowego statusu nigdy nie zrozumiem. W przeciwieństwie do ostatniego koncertu grupy który widziałem, był ten koncert zdecydowanie lepszy. Nastrój jaki panował podczas gigu można śmiało określić jako obłęd. Zaróno muzycy jak i publika dali z siebie wszystko nieoszczędzając bluzgami hehe… A bracia Gustavsonnowie mimo podeszłego już wieku pokazali młodym gwiazdom sceny Black Metalowej jak sie robi show! I nawet jeśli do NIFELHEIMu podchodzę z dystansem, to chylę czoła za to, czego tego wieczoru dokonali. Ale zespół dwóch inny muzyków znajdujących sie na scenie byłby mi osobiście o wiele, wiele milszy…
Na zakończenie dnia, a raczej wieczoru odbyła się Heavy Metalowa impreza z udziałem ENFORCER i jak już w zeszłym roku byłem zdziwiony ilu fanów ma czysty Heavy Metal, którzy zebrali sie bardzo licznie przed sceną. Wielkie brawa dla tych ludzi! Wokalista zespołu przypominał młodego Biffa Byforda i z całą ekipą pokazał, że prawdziwy, stary metal jeszcze żyje.

Lejący się żar z nieba wyrwał mnie z krótkiego, ale mocnego snu. Po skromnym śniadaniu udałem sie dla ochłody nad leżące pare metrów od festiwalowego arealu jezioro. Po powrocie zostałem zaproszony przez ekipę z Gliwic, która biwakowała obok mnie na kiełbasę z rożna. Dwie śląskie dobrze przybrawione i zakrapiane wódką o imieniu Pan Sobieski poprawiły i tak już dobry humor i nastrój, który swoje apogeum osiągnął wieczorem.
FLESH MADE SIN z Holandii rozpoczął muzyczną orgię. Mieszanka z Thrash i Death Metalu i już wszystko co było na nogach popędziło pod scenę. Nastepnie na scenę wkroczyło trzech ludzi, którzy według programu mieli być japończykami, ale nie byli. Jedynym japończykiem w japońskim BARBATOS jest wokalista, którego zachowanie przypominało nieskoordynowane, epileptyczne ruchy, którym towarzyszył niezwykle fałszujący do Punk Thrashowego Rocka głos. Na szczęście było to jedyne festiwalowe nieporozumienie, a co sie przeżyło… hehe… Zaraz po koncercie japończyków pod sceną zgromadziła się mała, ale jakże głośna grupa ludzi, których okrzyki tylko oni i autor tego tekstu potrafili zrozumieć. A padające słowa z niezle już alkoholem przepłukanych gardeł przyprawiły by z całą pewnością Profesora Miodka o ból głowy. Chodzi oczywiście o polską łacine kuchenną i WITCHMASTERa, który przekonał od pierwszych dzwięków. Nawet krótka przerwa spowodowana defekten gitary basowej miała swój urok, pod warunkiem, że
zna się biegle inną formę polskiem mowy – łacinę kuchenną hehehe… WITCHMASTER podniósł poprzeczę festiwalowego poziomu, który każdy następny zespół tego dnia przyskoczył i jak się miało potem okazać był to jeden z nalepszych festiwalowych dni jakie przeżyłem.
ARKHON INFAUSTUS udało sie mimo wczesnej, słonecznej pory dnia ściągnąc na teren festiwalu atmosferę mroku, a publiczność w rodzaj transu przez całe 45 minut występu. Z chirurgiczną precyzją obchodzili się ze swoimi instrumentami udowadniając, że są mistrzami swego fachu. Absolutnie godny obejrzenia gig, który moim zdaniem został przebity przezBlack Metalową grupę indywidualistów z CODE. Technicznie na wysokim poziomie, optycznie wyglądajacy jak duchy osób zmarłych w dziewiętnastym wieku. Zwłaszcza Kvohst zwracał swoim przedziwacznym zachowaniem uwagę wszystkich obecnych. Tym razem jego ulubione zabawy z bandażem doprowadziły do tego, że się chłopina zaplątał w statyw z mikrofonu i nie mógł się dalej poruszać. I ten koncert pozostanie na długo w mojej pamięci. Mniej brutalnie, ale jak najbardzień okultystycznie zrobiło się, gdy na deskach sceny pojawili się czesi z ROOT. Oczwiście muzyka odbiegała od tego co usłyszeliśmy do tej pory, umiejetności gry na swoich instrumentach też im nikt nie zaprzeczy. Całość została ubarwiona podstarzałym już Big Bossem, który podczas koncertu celebrował rodzaj opery i mszy odczytując z księgi teksty utworów, błogosławiąc publiczność i od czasu do czasu przejawił wampiryczne skłonności „podgryzając” gitarzystę. Udany występ legendy czeskiego metalu.
Atmosferycznie, depresywnie i chłodno pasuje jak ulał do islandczyków z SOLSTAFIR chociasz z tym chłodem to lekka przesada. A. Tryggvason ku zdumieniu paru obecnych fanów przemówił nawet parokrotnie do publiki, co już jest nie lada wyczynem zamkniętych w sobie isladczyków. Muzyka jest trumpfem, a tą potrafią chłopaki grać! Dopasowana do muzyki gra świateł, dym i niesamowita Aura otacająca cały koncert przeniosła nas w inny metalowy świat. I jedyne co przeszkadzało to fakt, że SOLSTAFIR chce być zbyt perfekcyjny na scenie i pozwala sobie na długie, bardzo długie przerwy między utworami, strojąc swoje instrumenty. To znowu przerwało atmosferę, którą zespół zbudował podczas grania. Mimo to koncert godny obejrzenia!
To co nastąpiło teraz można opisać krótko jako obłęd. ENSLAVED na żywo. Norwegowie wiedzą czego od nich oczekuje publicznośc o tej porze – dobrego widowiska i publiczność otrzymała zdumiewająco dobre widowisko. Mistrzowie póz zagrali nie tylko z całą swoją rutyną, nie, oni mieli na scenie taki sam ubaw co kilkaset ludzi naprzeciwko sceny. I im więcej szalejąca publika wyła z zachwytu, tym wiecej energii wyzwoliło to zachowanie wśród norwegów. Tu pasowało absolutnie wszystko! Po prostu padłem na kolana. Już dla samego ENSLAVED podróż do Bitterfeldu się opłaciła!
Ale to jeszcze nie wszystko. Chociaż siły już powoli mnie opusciły i ostatnie festiwalowe piwo też zrobiło swoje, to jednak przy Death/Thrash Metalowych dzwiękach kolejnych norwegów z THE BATTALION potrafiłen się jeszcze zmobilizować. A było warto, gdyż grupa przeniosła nas na godzinę w lata osiemdziesiąte. Tyle pięknych muzycznych wrażeń doznasz tylko na FESTUNG OPEN AIR, za co należy się organizatorom festiwalu ogromny szacunek i chyląc czoła pozdrawiam i do zobaczenia w przyszłym roku!

Powrót do góry