KTO ZNAŁ ANTKA, TEN CZUŁ MOJRĘ… – DRAGON'S EYE, ETERNAL TEAR, UNNAMED, RIVERSIDE

Otwock nie jest miastem, które leży blisko mego domu. Wsiadłem więc w autobus, przesiadłem się w pociąg i dotarłem na miejsce. A miejscem tym okazał się całkiem sporawy klub, który w niedzielę pękał w szwach. Jest to już taki fenomen polskich zespołów niezależnych, nie tylko metalowych, że gra się tam, gdzie się da. Dlaczego taka konkluzja? Otóż wszystkie zespoły na koncert przyjechały z Warszawy. Owszem oni sami nie narzekają na brak możliwości grania, ale szczerze mówiąc to weźcie np. taki Unnamed, chyba najbardziej już doświadczony w boju. Zespół który wydał dwa dema i dwie oficjalne płyty, gra z częstotliwością raz na dwa tygodnie, czasem raz na miesiąc. Z rozmów z innymi zespołami, dowiedziałem się, że czasem udaje im się gdzieś wystąpić jeszcze rzadziej. Do rzeczy.

Bez urazy dla pozostałych kapel, które zagrały z zębem i polotem, ale już pierwszy zespół zagrał tak ciekawą muzę, że reszty słuchałem z nieco mniejszą koncentracją. RIVERSIDE, to projekt, w którym udzielają się bardziej lub mniej znani polskiej scenie metalowej. Grają tu Piotr Grudziński-git, Jacek Melnicki-kbds, Piotr Kozieradzki (znany jako 'Mitlof')-dr i Mariusz Duda-bas,voc. Przykład Piotra Grudzińskiego świadczy chyba, że i reszta muzyków może traktować ten zespół jako zdrową odskocznię od macierzystych formacji, w których mogło brakować jak dotąd miejsca na realizację alternatywnych pomysłów. A może chodzi o to, że po prostu w tym składzie dobrze im się gra ze sobą? Muszę przyznać, że ta mieszanka młodości z rutyną powoduje, że należy zainteresować się w najbliższej przyszłości losami bandu, który zdobyła sobie u mnie licencję na mieszanie nawet na światowej scenie. Stwierdzam to obiektywnie. No właśnie, jak tu opisać wam, co oni grają. Najbardziej ogólnie chyba metalem progresywnym. Wiecie, nie uważam szufladkowania muzy za zjawisko pozytywne, ale w tym przypadku warto byłoby może nawet stworzyć nowy wyraz J. Z przeprowadzonych rozmów dowiedziałem się, że muzycy w ciągu miesiąca wydadzą materiał, z tym że podejrzewam, że będzie to coś więcej niż zwykłe 2-3 numerowe demo. Ach ci muzycy! Za miesiąc mają płytę, a potrafili mi podać zaledwie dwa tytuły do gotowych już numerów (są to hitowy Out of Myself i The Curtain Falls), z których spora część jest instrumentalna. Niemniej po tym co zobaczyłem i usłyszałem narobiłem sobie smaku na płytę. Dobra. Piotr Grudziński zapoczątkował anabazę, to jest schodzenie ze sceny kolejnych muzyków w trakcie trwania ostatniego numeru. Efekt znany. Działający na wyobraźnię itd. Ale jest i druga sprawa, która się z tym łączy. Grudzień dopadł do mnie, spalił szybko papierosa… i uciekł znowu na scenę. Tym razem już jako członek…

UNNAMED. Można zaryzykować stwierdzenie, że publiczność która nie bardzo wiedziała jak bawić się przy muzyce poprzedniej kapeli, dostała w końcu, to czego pragnęła. Dynamiczny, melodyjny a przy okazji z dużą werwą i pewnością siebie odegrany materiał. Zespół zagrał w swoim ustalonym już składzie: Robert Prach-voc, Piotr Grudziński-git, Konrad Kędzierski-git, Rafał Oskroba-dr, Łukasz Romański-bas. Ja ze szczególną uwagą obserwowałem Piotra, jak poradzi sobie w drugim pod rząd występie. Próbę zdał pomyślnie. Odegrane zostały przede wszystkim numery z ostatniej płyty zespołu Duality, choć usłyszeliśmy także dwie piosenki, które publika znała dość dobrze. Koncert otworzyły cztery numery otwierające Duality, a więc Unpredictable, False Faith, Duality: Out Of Sight i gorąco przyjęta Mojra, zresztą nie ukrywam, że dla tego numeru przejechałem pół województwa. Kiedy już można było się spodziewać, że zespół odegra całą płytę jak Pink Floyd, Bezimienne rzuciło dla podgrzania i tak gorącej atmosfery odśpiewany chóralnie z fanami Dancing with Desire. Ja też tam byłem i opętańczo wyłem. Tyle, że w przeciwieństwie do fanów, jeszcze nie znam słów J. Wydawałem z siebie tylko „ŁOuŁO!!!” No to co zespół mógł zrobić, widząc że wcześniejszy album jest przez publiczność wkuty na blachę? Zaserwować im kolejne dwie piłki z nowej płyty. Tym razem były to już asy serwisowe. Duality – Real In Unreality i Defeat (The Hardest Truth). Dla zmiany klimatu zespół zagrał The Sign Of Time z płyty Id, a następnie występ zamknął numer Intoxicated. Skąd to wszystko wiem? Bo kiedy zeszli ze sceny zakosiłem z niej rozpiskę numerów. Ale… nagroda Nobla dla tego, kto pokumałby się w slangu Unnamed. Np. numer Scorpions, to nie numer zespołu Scorpions, ale Duality: Out of Sight. Itd. Poszedłem więc popytać członków zespołu o te tytuły… a dowiedziałem się, że chłopaki już w listopadzie ruszają w miesięczny tour, głównie po Polsce, gdzie każdego dnia będą mogli cieszyć swą nową muzyką kolejnych fanów. Stawiam na Mojrę!

Po krótkiej przerwie na scenie zainstalowali się Eternale. To znaczy ETERNAL TEAR. Zespół już 14 października oficjalnie zaprezentuje światu swoją drugą płytę Inside. I głównie z tej płyty został zaprezentowany materiał, oraz coś z wcześniejszej zatytułowanej Embrion. To co zaprezentowali, można połączyć chyba, i mam nadzieję, ze dobrze odczytałem ich zamiary, w trzech głównych nurtach. Death, Gothic i Black. Może nie koniecznie w tej kolejności. Ważne, że po raz kolejny pod sceną się zakotłowało. A za całą tę sytuację odpowiedzialni byli Piotr Kucharek –bas,voc, Kuba Grobelny-voc,git, Marek Kucharek-dr, Michał Świdnicki-git, Darek Ojdana-kbds. Mogę przyznać łoili aż miło! Niestety nie jestem w stanie podać zainteresowanym tytułów, ale mógłbym przysiąc, że w powietrzu przez chwilę czuć było zapach siarki… J Tak dalece, że owa siarka, a może przemycona w kieszeniach maryśka rzuciła się na głowę kilku strasznie fajnym koleżkom, którzy próbowali zrobić w trakcie koncertu jakieś wydarzenie parasceniczne L. No cóż, kiedy zostali wyproszeni na zewnątrz, a byli bardzo wtedy dzielni, tylko jakoś dzielni inaczej, to już będąc na zewnątrz odzyskali jakoś rezon i obrzucili lokal butelkami. Także rogaty niestety daninę krwi otrzymał. No ale to był kompletny margines imprezy. Ludzie pod sceną nawet tego nie zauważyli i bawili się aż do końca występu Eternali oraz następującej po nich kapeli…

DRAGON'S EYE. Wystapili w składzie Michał „Grzywa” Kozłowski-bas, Marcin „Kaczor” Przybylski-dr, Piotr Fligiel-git, Konrad Krajewski-git, Miłosz Komorowski-voc. Muszę przyznać, że sympatycznie się złożyło, że to właśnie oni zamykali koncert. Postawili na muzykę bliską klasycznemu NWOBHM, jeżeli jeszcze żyją ci, którzy pamiętają rozwiązanie tego skrótu. A więc New Wave Of British Heavy Metal. Podobno nigdy nie ukrywali tego, że muzyka którą tworzą to wypadkowa ich muzycznych zainteresowań. To co grają można próbować porównać do dokonań Iron Maiden, Rainbow, Man O War, czy… Spinal Tap (a owszem mówili mi, że bardzo lubią J). Ja ze swej strony mógłbym dodać kapelki rock'n'rollowe typu Skid Row, czy L.A.Guns, choć to taka luźna dygresja. To mniej istotne. Ważne, że wydobyli z ludzi ostatnie skrywane na powrót do domu resztki sił. Ze sceny dopadała nas kaskada klasycznych metalowych patentów, ale muzyka muzyką. Przede wszystkim to, co działało na ludzi jak magnes, to prezentowany – nie waham się użyć tego słowa – show. Nie zamierzam posądzać innych muzyków, że nie bawi ich granie własnej twórczości na koncertach, bynajmniej. Chcę tylko zaznaczyć, że po twarzach Dragon's Eye mimo lejących się strug potu, nie znikał uśmiech. A wiecie co to znaczy. W tym momencie mogliby nawet symulować granie, a ludzie i tak garnęli by się do nich. Byli w niedzielę kapelą zdecydowanie najbardziej nadającą się do grania w takich małych, sympatycznych klubach, kapelą grającą pozytywnie i dla ludzi. W takich właśnie małych, ciasno upchanych ludźmi klubach, muzyka którą tworzą ma swój niepowtarzalny urok, gdzie czuć można wibracje pomiędzy aktorami spektaklu a twórcą wspaniałej atmosfery – publiką. Osobiście zdziwiłem się, gdy okazało się, iż bardzo przyjaźnią się z zespołem, z którym bardzo mi się od początku skojarzyli – legionowskim Motorbreath, który także miał wystąpić w Otwocku, ale jakoś nie zgrały się terminy. Przy okazji ich pozdrawiam.

Dziękuję za zaproszenie na koncert zespołowi Unnamed, za podwózkę do Warszawy zespołowi Dragon's Tear (przy okazji ciekawa rozmowa w aucie), i Maćkowi Jojnowiczowi za dowiezienie mnie pod dom i puszczanie Vangelisa. Powiem wam szczerze. Dawno mi się tak dobrze nie zasypiało. Salvete!

Powrót do góry