OPETH, HIGH ON FIRE, NACHTMYSTIUM

Długo oczekiwany koncert Opeth, po ich wcześniejszym „szoł” tego samego roku. Dziwny nieco skład, trochę zróżnicowany. Nachtmystium – kilku ludzi czekało na nich. High On Fire – komentarze były raczej mało pozytywne co do ich obecności. Opeth – wiadomo…
Wybaczcie tutaj mi z góry za subiektywność dla Opeth. Jednym z powodów jest wspomniane High On Fire, którzy byli beznadziejni i w sumie się nawet na nich nie skupiałem, Nuda, wypadki na scenie i totalny chaos w złym tego słowa znaczeniu… żal. Nachtmystium – o nich bym napisał ale niestety zostali wyrzuceni z trasy. Powód? Z tego co słyszałem powodem były ich odskoki na trasie, nadużywanie alkoholu oraz narkotyków (czyt. marihuana). A szkoda, bo ich koncerty są zawsze ciekawe. Więc pozwólcie opisać co czułem ja, co widziałem oraz jak reagowała publiczność na jednym z lepszych koncertów na jakich byłem. Relacja jest opowiedziana z perspektywy osoby pierwszej ale myślę, że to nie jest złe, a może nawet bardziej dogłębnie opisuje całe wydarzenie… Enjoy.

Przegrany High On Fire schodzi ze sceny. Szkoda na nich słów. Szkoda i bardzo żałuję, że Nachtmystium jednak nie zagrało. Niestety idiotyczni dyrektorzy House Of Blues i organizatorzy stwierdzili, że muzycy Nachtmystium są zbyt przyzwyczajeni do picia alkoholu i palenia trawy. No szkoda, bo bardzo dobra kapela.

High On Fire zeszło.

Chwilę później słychać było już dookoła rozmowy na temat Opeth: jacy będą, co zagrają. Co chwilę podnosiły się rytmiczne krzyki: „Opeth! Opeth! Opeth!” wraz oklaskami.

Po niespełna dwudziestu minutach stania usłyszeć można było informacje z głośników, że główna gwiazda się zbliża. Ludzie dostawali stopniowego szału. Gdzie się nie obróciło można było usłyszeć donośne nawoływania do zespołu. Scena jeszcze była zamknięta, a dźwięki próby instrumentów i wokale Mikaela rozpalały fanów do czerwoności.

Cisza…. I w końcu kurtyna się odsuwa! Masa potężnych oklasków i okrzyków. Muzycy stali już przygotowani i bez żadnego cackania się na początek pojechali „Heir Apparent”. Bardzo mocny, mroczny i potężny start. Przesadzili trochę z basem, ale minimalnie. Oczywiście nikt nie wątpił w to, że będą się działy moshpity, ale ja się w to nie bawiłem, szkoda czasu by było na to, a sam koncert był zbyt piękny żeby marnować czas na przepychanki… To nie goregrindowy show, a sztuka. „Heir Apparent” dobiegł końca i bez żadnej minimalnej przerwy każdy mógł już usłyszeć jeden z najbardziej znanych Opethowych riffów z „The Grand Conjuration”. Każdy uczestniczył w energicznym machaniu głową albo śpiewaniem teksu z Mikaelem.

Po tym nastąpiła przerwa na oddech dla zespołu. Mikael jako bardzo rozrywkowy człowiek zaczął jechać śmiesznymi tekstami, z których każdy się zlewał i każdy na pewno zapamięta to małe przemówienie: „I am very happy and… in the other hand surprised that so many people went here to listen to that shit we are playing! This is really shit! […] It's kinda tight here in the crowd. Like my pants… but for good there's enough space for my penis!”. To była dobra polewa. Przed rozpoczęciem trzeciego kawałka zadżemowali coś i zagrali jakiś rockowy kawałek. Nie wiem niestety czyjego autorstwa. Kiedyś ponoć zagrali to w Hard Rock Cafe dawno temu jak to lider powiedział. Akerfeldt coś tam bachnął jeszcze śmiesznego i następnym kawałkiem był „Serenity Painted Death”. Dobry, długi epicki kawałek.

Kiedy ów się skończył, Mikael przemówił ponownie: „This song will be more calm. You probably know this one, for sure, cuz it's shit. „Hope Leaves” „.

Po „Hope Leaves” nastał czas na kolejny mały dżem. Mikael sobie solowo coś tam pobrzdąkał i pośpiewał. Zapytał ludzi czy znają. Nikt nie znał, więc Mikael oburzony zapytał jak nikt może nie znać tego kawałka White Snake. Pochwalił się również, że Opeth został nominowany przez angielski magazyn do nagrody za najlepszy rock klasyczny. „[…] I don't know who's retard here guys… I just think that we are not playing classic… rock (śmiech). We are amongst Kiss, Alice fucking Cooper […] but yeah… we've been nominated, but it's a song time now. As we're promoting new album this one is from like I said Watershit and it goes… (tu zaczął nucić)”. Wiadomo co to było – „Lotus Eater”. Po tym kawałku Mikael przedstawił zespół: basistę wyzwał od muszkieterów za to, że ściął się na taką fryzurę. Perkusistę określił krótko „I don't know anyone who's retarded more than him”. Z gitarzysty się śmiał, że wygląda jak koleś z Abby, a klawiszowca nazwał jakimś pokracznym pianistą. O sobie mówił jedynie tyle, że nie umie grać i, że wszystkie kawałki, które tworzy to gówno.

Chwila pogawędki zespołu i następne dźwięki. Kiedy je usłyszałem zdębiałem na chwilę, bo nie zagrali tego ostatnim razem na co najbardziej liczyłem. „BLEAK”! Marzyłem żeby to zagrali, przecudowny kawałek przecudownie wykonany. Oczywiście refren śpiewał każdy. Masakra. Myślałem, że popuszczę z podniecenia. To było kilka minut dźwiękowego orgazmu.

Następnie wokalista oznajmił kawałek z dalszej przeszłości, który grają bardzo rzadko ale zdarzyło się im to zagrać w Chicago raz. „Night and the Silent Water”.

Potem bez żadnych specjalnych ceregieli ustawili sprzęt do zagrania „Deliverance”, który poruszył widownię w każdym znaczeniu.

Powoli nadchodził koniec tych pięknych chwil. Mikael podziękował wszystkim, życzył dobrej nocy i oznajmił koniec. Jednak ludzie się nie poddawali i darli ryja cały czas. Zresztą ja też swojego brzydala darłem. Słychać było donośne i powtórkowe „Demon Of The Fall!”. Mikael powiedział, że ok, mogą jeszcze zostać chwilę, i mogą zagrać coś co każdemu podpasuje tylko pod jednym warunkiem: „Guys listen. We can do something but… I need you to do something. No, no screaming as loud as you can, not waving your hands. You MUST… mosh without music!”. Hah! To było dobre. wszyscy wpadli w śmiech razem z kapelą. Ludzie popatrzyli na siebie i zaczęliśmy wszyscy moshować bez muzyki. Słychać było tylko szum włosów. Wyglądaliśmy wszyscy jak banda idiotów co zresztą Mikael skomentował: „Hahahah! You look like retards!” (wszyscy wpadli w paniczny śmiech). Mikael w końcu wziął się za gitarę i pogonił riffy „Demon Of The Fall”… Takiego moshpitu dawno nie widziałem. Ludzie oszaleli. Niestety kawałek musiał się kiedyś skonczyć. Mikael podziękował wszystkim i po wielu wpólnych ukłonach Opeth zeszło ze sceny. Ale to nie koniec… Jednak kurtyna się nie zasłoniła. Odkąd „Demon Of The Fall” się zakończył wszyscy bili brawa i domagali się Opeth przez 10 minut po czym kapela znowu wyszła, a entuzjazm wzrósł jeszcze bardziej. Mikael powiedział, że zagrają jeszcze ten jeden. Widownia „YEAAAAAH!”. Okazało się, że był to numer nazwany „The Drappery Falls”. Pięknie zagrali i ładnie zakończyli. Zdecydowanie najbardziej pozytywny bis. Mikael podawał ludziom ręce wraz z drugim gitarzystą wręczając komuś kostkę. Perkmen rozrzucił swoje dwie pałeczki, basista rzucił ręcznikiem. Zebrali się w rządek i się ponownie ładnie ukłonili. I to był koniec.

W podsumowaniu: epicki, piękny, mocny, idealnie zagrany koncert. Zajebista set lista. Dobry czas: prawie 2h. Bardzo dobra gra świateł. Na plus oczywiście zasługuje perkusista odwalający niezłą robotę Pochwalić trzeba też nowego gitarzystę, który radzi sobie wręcz świetnie. Dokładność i umiejętności basisty, turbo długowłosy klawiszowiec bez którego nie byłoby takiego klimatu w kawałkach, który moshował zawsze kiedy mógł zdecydowanie zasługują na dobre słowa. Idealny wokal, instrumentalność, poczucie humoru, rozmowność, jednoczenie się z publicznością należy się Mikaelowi. Jedynym minusem był tylko z deka za mocno podkręcony bas szczególnie słyszalny w ostatnim kawałku. Ale poza tym bez zarzutów najmniejszych.

Zdecydowanie najlepszy koncert na jakim byłem do tej pory, wart każdej ceny.

Powrót do góry