MIND GATE „Forgotten Odyssey”

MIND GATE „Forgotten Odyssey” - okładka


Dawno nic nie napisałem, więc dziś trochę więcej niż zwykle. Dziś spróbuję przybliżyć wam choć trochę materiał katowickiego MIND GATE z 2001 roku.

Muzykę stworzoną przez formację nazwę bez ogródek muzyką ambitną. W tej postaci, jaką przybrała na „Forgotten Odyssey” oczarowała mnie przede wszystkim bardzo sympatycznym dla mojego ucha połączeniem niebanalnego warsztatu z – co najważniejsze – wyobraźnią. Nagrania, choć nie mają (a przynajmniej wersja płyty, którą posiadam) rozbicia stereofonicznego na kanały, bardzo interesująco uwodzą umysł w podróż. A więc z tej strony oceniając praca realizatora oceniona zostaje na (nabitą trochę poprzez moją sympatię dla muzyki) mocną trójkę, natomiast jeśli chodzi o to, jak bardzo granie MIND GATE przypadło mi do gustu, odpowiadam szybko – bardzo. Bardzo.

W porządku. Kilka słów może na temat, jak rozpatrywać muzykę na tle zwyczajowych podziałów gatunkowych. Można się spierać w trzech płaszczyznach, czy w tej propozycji jest więcej jazzu, czy może metalu, czy też elementów charakterystycznych najbardziej dla art rocka. Myślę, iż pewnym ekwiwalentem dla tych określeń będzie nazwanie jej muzyką progresywną.

Całość płyty podzielona została na cztery główne części, czy inaczej mówiąc cztery nurty opowieści. Z tych pierwsza stanowi rodzaj suity. Ale jakoże mamy tu do czynienia z muzyką instrumentalną, całości tego wydanego całkowicie niezależnie albumu słucha się spójnie, gdyż całą tę krainę dźwięków spaja konsekwentne, choć nie ma co ukrywać, jeszcze dość surowe brzmienie. Myślę, że muzycy zgodzą się ze mną, iż chcąc niechcąc dzięki temu można bardzo klarownie zapoznać się z każdym pojedynczym dźwiękiem.

Takie luźne skojarzenie. Buszując po płycie myślę sobie czasem o jazzowych warsztatach, na których ukradkiem spotykają się studenci konserwatoriów, przypominając konspiratorów. Zrzucają na tych kompletach balast konserwatywnej szkoły i szukają, szukają źródeł swej prawdziwej fascynacji dźwiękiem. Nawiązując do tego obrazka zaznaczam, że nie wiem, jakie wykształcenie mają członkowie formacji, słychać bez wątpienia, że są bardzo ograni, i coś ciekawego im wychodzi oprócz grania dla samych poszukiwań.

Myślę natomiast, iż chwilami użyty klawisz a'la sitar brzmi zbyt keyboardowo, ale rekompensuje to całłkiem udany pasaż. Chwilami gitara brzmi nieciekawo, ot sfuzzowana masa czegoś, ale wówczas okazuje się, że albo grany właśnie patent ma coś w sobie, albo że warto go przeczekać :-). Hm… tak to już jest, kiedy próbuje się opisać słowem ton. Cóż, dodatkowo muszę powiedzieć, że nie mogę wręcz nachwalić się pracy wykonanej przez sekcję rytmiczną. Bardzo sympatyczna grupa, bardzo chętnie spróbowałbym tej muzyki na żywo, w jakimś przytulnym klubie.

Jak sądzę, małe uwagi wredny krytyk mieć mógłby do bardzo drobnych usterek związanych z wykończeniem dźwięków w partiach gitary i instrumentów klawiszowych, dotyczą one samego wytrzymania końcówek dźwięków lub ewidentnie, moim zdaniem, nie trafionego dźwięku, ale są to sprawy tak banalne, że nijak nie są w stanie przesłonić mi entuzjazmu, z jakim przywitałem w swej dyskografii ten krążek. Ogólnie płyta super – bo jest bardzo muzyczna, dźwiękowa i grająca – pozbawiona tandety i nudy. Super!

Hm. Celowo odwlekam ten moment w tej recenzji. Mianowicie, do kogo można próbować porównać dzieło katowickiego kwartetu. Tu przyznaję się do małej osobistej ignorancji, bo… nie wiem. Może spróbuję tę część recenzji napisać poprzez określenie z czym mi się skojarzyły różne drobne chwile, „krótkie momenty” tego albumu. Dzięki użyciu instrumentów klawiszowych o specyficznym brzmieniu, oraz elementów zaczerpniętych z jazzu osobiście najprościej mi jest wymienić SBB, wielki polski projekt, szczególnie odpowiedzialny za wybitne próby łączenia jazzu z rockiem. Myślę, że drugim takim składnikiem tej mikstury mogą być lekkie nawiązania do osiągnięć DREAM THEATER, kapeli, która niesamowitym przebojem wdarła się w gatunek metalu progresywnego, wytyczając aktualne granice tegoż. Kto następny? Szukam w swej pamięci czegoś podobnego, czegoś z czym performance MIND GATE może szczególnie ciepło korespondować i chyba mój wybór spocznie na najbardziej znanej inkarnacji muzycznej Roberta Frippa – czyli KING CRIMSON. Robert posługiwał się i nadal lubi skorzystać z narzędzi do wytwarzania muzyki „chaotycznej”, brudnej, a zarazem głośnej, psychodelicznej i delikatnej. Coś podobnego odnajduję miejscami tu, w pałacu MIND GATE. Gorzkim, dynamicznym lub szczególnie zadziwiającym groteskom towarzyszy jakby lustrzane odbicie wyłonione z mroku, w którym to refleksie, jeśli bardzo chcieć będziesz, dostrzeżesz może swoje własne odbicie…? Kto wie?

Bardzo gorąco rekomenduję tę muzykę, a przede wszystkim myślę, że warto będzie śledzić losy grupy, która jest w stanie stworzyć bardzo ambitną produkcję jeszcze. Życzę im, aby nie wypstrykali się z pomysłów i nie dali się marazmowi, a kto wie, może będzie o nich głośno? Życzę sobie częściej spotykać takie perełki w zalewie blichtru i plastiku naszych czasów.

Lista utworów

I. Private Hell:
Winter In Lands of North,
Night In Wood Of Eternity,
Way To Coast,
Of Frozen Sea,
Hours On Frozen Sea,
Blind Voices From Depths,
Last Sunrise Before Infinite Night

II. The Beast And The Beautiful

III. The Tower Of The Dragon

IV. In Octa Oculi Part 1:
Birth Of New World

Skład

Maciej Czarski – klawisze, Jan Lorek – gitara basowa, Mateusz Maciejewski – gitara, Mikołaj Marcela – perkusja

Powrót do góry